Warto spełniać marzenia, chociaż to może boleć i solidnie wystraszyć.

Na początek garść informacji z ostatniej chwili. Subaru w końcu zrobiło nową Imprezę, która ma wszystkie przymioty właściwe dla gatunku. Nawet szyby bez ramek. A nasz miłościwie nam panujący premier właśnie zwolnił ministra od zegarków, więc zdaje mi się, że tygodnik „Wprost” powinien jeszcze raz ułożyć listę najbardziej wpływowych Polaków. A skoro jest sukces to należy się nagroda.

Niemal pod każdym względem można powiedzieć, że w Stanach jest inaczej. Od jedzenie, stylu życia, aż na samochodach kończąc. Wszystko jest wielkie, a paliwo tanie jak woda. Ulice spotykają się najczęściej pod kątem prostym i można częściej spotkać obcokrajowca niż rodowitego Amerykanina. Pewnie dlatego, że siedzą w rezerwatach daleko od głównych miast.

W Nowym Yorku królują żółte taksówki i mało kto posiada samochód. Przynajmniej tak mówią, ale ulice mają zakorkowane tak jakby każdy miał przynajmniej trzy. Styl jazdy jest zdecydowanie bardziej wyluzowany i wolny niż u nas. Być może to zasługa tamtejszej drogówki, z którą raczej się nie dyskutuje.

Przekrój klasowy i wiekowy samochodów jest ogromny. Nikogo nie dziwią panie domu w wielkich Suburbanach czy stare Caddilac’ki na dwudziestoczerocalowych felgach z podnoszonym zawieszeniem.

Wiele rzeczy jest tutaj łatwiejszych. Praktycznie w każdym mieście można wypożyczyć samochód i ruszyć z jednego wybrzeża na drugi. Dilerzy są również bardziej przyjaźni i nie patrzą złowrogo, gdy przekracza się próg salonu. Dlatego tu rodzi się pewien szatański pomysł. Dlaczego by nie zorganizować na jeden dzień najbardziej szalonego samochodu na świecie.

Sęk w tym, że to nie jest takie łatwe. Mimo, że nasza polityka proamerykańska powinna zapewnić nam prawa pięćdziesiątego pierwszego stanu to mało kto wie, gdzie leży Polska. To nawet ułatwia sprawę, bo patrzą odrobinę przychylniej. Mimo to nie ma opcji samodzielnego objazdu nawet używanego Vipera. Albo jazda próbna z aniołem stróżem wokół kilku przecznic w postaci pracownika salonu albo co najwyżej posiedzenie w środku. To jak lizanie przez szybę, więc podpisując plik papierów można otrzymać kluczyk. Wcale nie trzeba być biznesmanem w drogim garniturze ani pokazywać wyciągu z banku. American dream może w końcu osiągnąć podobno każdy. Albo być może dlatego, że Vipery masowo zalegają u dilerów.

Wnętrze nie przystaje do standardów europejskich. Pozycja kierowcy jest przesunięta w prawo, naciskając hamulec łatwo zahaczyć go gaz. Wykonanie bywa lepsze w kilkunastoletnich Mercedesach. I jeszcze ten wskaźnik chwilowego zużycia paliwa potrafiący pokazać nawet 70 litrów na sto. Jednak dobrze, że to krótka przejażdżka bo całe kieszonkowe wydałbym na benzynę.

Poza tym maska jest tak długa, że nasze F16 mogłyby z powodzeniem na niej lądować. I w sumie niewiele ze środka widać.

Jednym z ostatnich antyekologicznych bastionów jest silnik. Tutaj w przeciwieństwie do Europejczyków nie zmniejszono pojemności ani nie wycięto cylindrów. To dalej V10, ponad osiem litów litrów i pięćset koni. Tu jednak pozytywy się kończą. Początkowa radość i pewność siebie gdzieś niknie po przekręceniu kluczyka. Nagle zdajesz sobie sprawę, że jesteś sam, napęd na tył, manualna skrzynia, żadnych wspomagaczy i tyle mocy, że można by obdzielić niemal siedem podstawowych 500-tek od Fiata, które stoją w tym samym salonie.

Już przejechanie nawet kilku mil zapewnia spore emocje. Toczenie się na szóstym biegu przy jakiś 50 km/h nie jest problemem, tak wiele Nm ma ten silnik. Pokonywanie zakrętów jest w miarę dobre, chociaż przy prędkościach rzędu dwudziestu kilometrów każdy samochód robi to dobrze.

Sama jazda jest głośna i twarda. Prawdę mówiąc jest super, ale życie ze żmiją na co dzień to nie jest najlepszy pomysł. Mimo, że na bolące plecy poleca się jad węża ten tutaj dokłada kolejną porcję bólu. Uszy z czasem błagają o stopery. A propos wydechu Viper to pierwszy samochód, który sam się topi, temperatura rur jest tak duża, że lakier na progach zaczyna pływać. Mimo to warto, bo to jeden z ostatnich takich dźwięków na świecie i jest bardzo dobry.

Wszystko to blednie jednak przy zdecydowanym wciśnięciu gazu, do czego zachęca Adam. Mimo możliwości rozpędzenia się tylko do 40 mil/h czuć przedsmak dzikości. Ręce się pocą, a mózg wysyła jasny sygnał do zwieraczy, żeby te się zacisnęły twierdząc, że pomysł z naciśnięciem pedału przyspieszenia nie był jednak zbyt dobry. Strach, a jednak chce się więcej.

Cała zabawa zaczyna się od stu tysięcy dolarów za nową generację, co biorąc moc i osiągi jest niemal promocją. Patrząc na wnętrze i pewne kontrowersyjne elementy konstrukcji widać, gdzie przyoszczędzono. Tu mają przewagę samochody europejskie i japońskie.

Viper przeraża i uświadamia jak mało się umie za kółkiem. Żeby go poznać potrzeba kilku dni, pustego toru i ciężarówki opon. Tu nie ma miejsca na kozaczenie i błędy. Nawet w jeździe miejskiej. Bo nawet wtedy ręce potrafią się trząść nawet kilka minut po zgaszeniu silnika. Jednak warto spełniać marzenia, nawet w ograniczony sposób.

Macham na pożegnanie i na usta samo ciśnie się „I’ll be back”. Dałbym słowo, że żmija złowrogo zatrzęsła bokami. Może to do końca nie jest dobry pomysł.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *