Dobre wrogiem lepszego?

Spieszę wyjaśnić, to nie jest błąd w druku. Ani alkoholizm autora. Utarło się, że lepsze jest wrogiem dobrego. I jest w tym sporo prawdy, jeśli nie góralska święta prawda. Kwestią dywagacji jest to, czy rzeczywiście zawsze potrzebujemy tego lepszego. Zanim jednak zamkniecie stronę i popukacie się w czoło albo wykręcicie numer wzywający gumową karetkę zastanówcie się przez chwilę.

Weźmy takie telefony komórkowe. Pamiętam czasy, gdy antena łaskotała w pachę. I nie, aparat nie był w miejscu, gdzie gangsterzy noszą broń a w kieszeni spodni. Co nie było dobre i na szczęście pozbyto się szybko tej niedogodności. Chodzi jednak o to, że telefon służył do dzwonienia, wysłania sms-a tudzież zrobienia wątpliwej jakości zdjęcia, które kompromitowało fotografowanego w wąskim gronie znajomych. Tyle, że było to pojedyncze zdjęcie, a nie jak dzisiaj seria z kałacha, która jest w intenecie szybciej niż dźwięk migawki. W końcu trzeba udokumentować swój pobyt w Pcimiu Dolnym oraz to co serwuje się w tamtejszej restauracji. Nie zapominając o zdjęciach osób, które zasnęły zbyt szybko na imprezie, a są ozdobione wymownymi malunkami. Strach gdziekolwiek wyjść. Teraz za to mamy szybki internet, przynajmniej w teorii, aparaty lepsze niż te w teleskopie Hubble’a, możliwość oglądania filmów i słuchania muzyki, czy odnajdywania się nawet w (labirynt fauna, minotaura?). A zapomniałbym również o grach, tak przydatnych w przypadku pięciosekundowej przerwy w załatwianiu istotnych spraw w ciągu dnia. W końcu jeszcze byśmy coś wymyślili, na przykład szczepionkę na HIV , perpetuum mobile albo wiecznie rosnące plony.

Na końcu zostaje opcja łączenia się z innymi ludźmi, ale zdaje się, że to powoli martwa strefa. W końcu nawet operatorzy sprzedają słuchawki bez kart sim, a te żeby nie zabierać miejsca na cenne megabajty na kolejne gry i empetrójki są coraz mniejsze. Za parę miesięcy pewnie nie będzie ich wcale, a ktoś odkryje Amerykę oferując telefon bez możliwości dzwonienia. Murowany hit sprzedaży.

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku motoryzacji. Różnych trzyliterowych skrótów jest tyle, że limitem jest tylko ilość liter w alfabecie. Kwestią czasu jest umieszczanie w nich cyfr. Ale taka litania pozwala nam czuć się bezpiecznie, co jest w sumie rzeczą dobrą, pod warunkiem, że ślepo im nie wierzymy pokonując dwójkowy zakręty przy stu trzydziestu.

Kabina samochodu łagodnie otula nasze ciała niczym motyl. Klimatyzacja chłodzi letnią bryzą. Takiego masażu jak w nowym Lexusie LS nie zapewni nawet tabun najlepszych tajskich masażystek ze stuletnim doświadczeniem.

Zawsze jednak istnieje alternatywa w postaci samochodu bez dodatków. Są lżejsze i bardziej szczere. Tak możecie się tłumaczyć w towarzystwie, kwestię ceny lepiej przemilczeć.

Niegdysiejsze samochody dla ludu, czyli Volkswageny chcą być upatrywane jako prawie Audi. W Polsce jest odwrotnie, u nas są lepsze niż auta z Ingolstadt. Nawet Rolls za dwie duże bańki chowa się przy Golfie w tedeiku. Tyle tylko, że producent z Wolfsburga odpowiednio ceni swoje wyroby. W końcu są wyznacznikami pewnego standardu i liderami w swoich klasach.

Pałeczkę po nich przejęły Skody. Czeski producent stara się, żeby ich samochody były jak najbardziej praktyczne, normalne, zaawansowane technologicznie (magiczny znaczek większego koncernu) oraz możliwie tanie. I w zasadzie poza ostatnim aspektem misja jest wypełniona.

Przykładem jest dzisiejsza bohaterka w postaci nowej Octavii 1.6 TDI. Samochód nie wygląda źle pod warunkiem, że lubicie mieć staro oraz dziwnie wyglądający przedmiot i to jeszcze przed postawieniem pierwszej kreski przez designera. Kwestią zaburzonych proporcji można pominąć.

Wnętrze jest niezłe, ale tylko w przypadku, gdy lubicie się zadowalać rzeczami niego gorszej kategorii, czytaj jest słabiej niż w Golfie.

Za to technika to creme de la creme. Tu można pękać z dumy bowiem mamy to samo to w przyrodnim bracie z Wolfsburga. Jeśli ktoś się przesiądzie z Melexa będzie dynamicznie, inaczej czuć pewien opór. Najwyraźniej Octavia ma coś wspólnego z jachtem w marinie, a jest nią rzucona kotwica.

Czymś co doprowadza do pasji to cyfry w cenniku. Być może ma to związek z ilością pitego w Czechach piwa albo bliskości z Mlada Boleslav do Karlovych Varów. Furmanka pieniędzy musi mieć minimum 75 tysięcy złotych. Niby takie są ceny i  za to otrzymujemy niezły, ale zwyczajny kompakt, z raczej słabym wyposażeniem standardowym i małą ilością opcji, z silnikiem o przeciętnych osiągach i starą skrzynią biegów.

Jeśli zatem nosicie sweter w postaci kamizelki z kaszkietem, jesteście przedstawicielem handlowym lub kimś kto nabiera się na zwiastujący postęp znaczek na masce to nowa Octavia wprawi was w prawdziwą ekstazę. Tylko za bardzo nie będziecie mieli komu tego opowiedzieć.

W każdej innej sytuacji, czyli gdy nie jesteście dusigroszami, lubicie wiedzieć za co płacicie, interesuje was coś więcej niż li tylko zwyczajne auto albo ubieracie się gdzieś indziej niż w sklepie z ubraniami dla emerytów skierujcie się do innego salonu lub zwyczajnie poczekajcie na nową Jettę. Bowiem w starych porzekadłach istnieje pewna prawidłowość. Pewnie zapłacicie trochę więcej ale w końcu to nie tylko zwykła Skoda. To w zasadzie mały Bentley Continental z tego samego koncernu. Przynajmniej tak mówią na mieście.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *